Jak pokonać niechęć do treningu

Przyczyn powtarzających się niechęci do treningu może być wiele. Gdy odczuwa się stałe zmęczenie, to i jest mniejsza ochota na trening. Po prostu. Być może faktycznie w ten dzień trzeba odpuścić, bo dostajemy sygnał od organizmu, że zbyt dużo przyjęliśmy stresów w różnej postaci na siebie. Wówczas najlepiej odpuścić, co czasem może być trudniejsze, niż zrobienie treningu. Zanim jednak to zrobimy, można spróbować jeszcze kilku sposobów. Sam staram się je stosować, choć gdy mam rozpisany konkretny plan, staram się go trzymać do tygodnia, gdy zmniejszam obciążenia treningowe.

Jednym ze sposobów, jest takie dość łagodne podejście. W taki dzień staram się nie nastawiać, że muszę zrobić trening, a jeśli już zdecyduję się na niego, to ma być dla mnie zabawą. Nie może być wyzwaniem, na które w tej chwili nie mam kompletnie (jeszcze) ochoty. Łagodne podejście polega na tym, ze testuję, czy faktycznie dziś mi się nie chce i jestem “dojechany”, czy zwyczajnie mam lenia na plecach. Zaczynam trening od najlżejszego rozruchu stosując tylko takie ćwiczenia, które sprawiają mi przyjemność lub które chciałem kiedyś przetestować. Jeśli mam wejść “pod sztangę” to stosuję lekkie obciążenie i skupiam się na odczuwaniu własnego ciała bardziej niż zwykle. Zakładam, że dziś mam wolne i nic nie muszę. Troszkę się oszukuję, bo z tyłu głowy planuje trening, ale jeszcze nie wiem, czy go zrobię na 100%. Jeśli nic nie muszę, to gdy mi się nie chce, sam sobie nie dokładam większej presji, co potęgowałoby niechęć. Szczególnie, że nie mam trenera z batem nad sobą, który by mnie zagonił do treningu.

Czasem okazuje się, że te zabiegi działają i  robię świetny trening. Muszę jednak w niego łagodnie wejść. Bez presji i na spokojnie.

Stosuję też twardszą metodę, gdy jestem z reżimie treningowym i we łbie buzuje mi trening i progresja. Wówczas otwieram z buta drzwi sali treningowej i mówię ze złością “że nie odpuszczę”. Szukam tej sportowej złości w sobie, lub zwyczajnie jest ona we mnie. Gdy ją znajduję, okazuje się, że jednak dało się zrobić trening i może nie najwyższych lotów, ale nie ma żadnych spadków, a nawet lekka progresja. Bywa jednak i tak, ze zamiast lwa z gardła wydziera się tylko głos skowronka i każdy kolejny ruch jest co raz bardziej koślawy, a sztanga mimo wszystko nie staje się lżejsza. Wówczas wiem, ze czas zabrać swoje zabawki, spakować plecak i pójść do domu.

Jest jeszcze trzecia opcja, którą stosowałem w początkach swojej przygody ze sportem, ale i dziś bywa, że z niej korzystam. Nie chce mi się, nie idzie mi, wszystko jest do bani, ale trening robię. Jeśli w kolejnym dniu treningowym znów mam zamułę, to wiem, że należy wziąć na luz. Jest jednak dość często też tak, że kolejne treningi są już ok i trzymam się programu. Warto i przez to przejść. Takie podejście uczy nie poddawania się wówczas, gdy wydaje się nam, że teraz racjonalnie warto  by odpuścić. 

Górnolotnie mówiąc, granice naszego ciała są granicami myślenia o sobie, dlatego warto nie poddawać się, gdy zwyczajnie się nie chce. Jeśli spróbujemy raz, drugi, trzeci, będziemy silniejsi. Z drugiej strony, uczymy się własnego ciała. Stajemy się mądrzejsi słuchając go. Nie wszystko wymaga szkiełka i oka. Czasem trzeba uważnie wsłuchać się w siebie.